bezwatowe szczęście nie cierpi idiotów
puchate papucie stygną przy kanapie
lukrowany całus niby od niechcenia
zostawiasz w pośpiechu na zmarszczonym czole
niepełne trzy stopnie w richterowej scali
za to prawie tysiąc w Geigero-Müllerach
połowiczny rozkład zniechęca do trwania
zgorzkniałe migdały zapijam lugolem
świecę izotopem odłożonym w kościach
tarczami wyciskam hormonalny soczek
a myśli złe jak osy nadal nie chcą odejść (po dobroci)
chociaż na odwrocie po tej lepszej stronie
karzą się nie lękać
zatapiam w gardzieli paliwowe pręty
resztki rdzenia studzę naiwną nadzieją
i czekam cierpliwie
zanim znów na skórze
nie wyczuję szeptów kochanego ciepła
.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz